Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Makijaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Makijaż. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 lipca 2017

Nowa seria - Marki Premium

Zaczynając pisać tego bloga zastanawiałam się co mogę wnieść nowego do świata blogów o kosmetykach. Oprócz testowania produktów dostępnych w sklepach stacjonarnych chciałam również Wam przedstawiać kosmetyki przeznaczone do gabinetów kosmetycznych oraz przekazać trochę wiedzy na temat składnikow aktywnych zawartych w kosmetykach. I tak powistała seria 'Natura w kosmetykach", która rozpoczęła się wpisami o oleju konopnym oraz o kosmetykach które go zawierają. Jeżeli nie czytałyście - zapraszam: (link)
Kolejnym pomysłem na jaki wpadłam były opisy produktów marek wysoko-półkowych. Szperając w internecie bardzo trudno było mi się natknąć na opisy/recenzje produktów tych właśnie marek. Dlatego dziś przedstawiam Wam serią Marki Premium. Pierwszy pod lupę poszedł tusz do rzęs firmy Dior - Diorshow Blackout. Jeżeli jesteście ciekawe jak się sprawdził - zapraszam do dalszego czytania.


Może zaczniemy od opakowania - proste bez żadnych och, ach.... Jest ok, ale wg. mnie mogłoby być bardziej eleganckie/wysokopółkowe. Mascara wg. producenta powinna: perfekcyjnie rozdzielać i podkręcać rzęsy. "Innowacyjna konsystencja liftingująca pokrywa rzęsy od nasady po końcówki i gwarantuje długotrwały i porywający efekt. Wzbogacony nektarem z jedwabiu i koktajlem z substancji odżywczych posiada szczególne właściwości pielęgnujące."Czy rzeczywiście mascara spełnia te warunki?



Pierwszą rzeczą i niestety na wielki minus jest to, że skleja rzęsy. Tusz szybko zastyga, a po około połowie dnia tworzy efekt pandy i się kruszy. Ciężko mi było również nałożyć 2 warstwy - rzęsy sterczały, były sztywne i nie dały się podkręcić. Nie zauważyłam również pogrubienia ani wydłużenia. Przy malowaniu u nasady odciska się tusz odbija sie na powiece ruchomej (bynajmniej nie jest to brak umiejętności tuszowania rzęs). Szczoteczka jest rzadka i przyjazna w nakładaniu produktu. Tusz miał być wodoodporny - niestety nie jest.


 
Jednym słowem jeden wielki zawód. Kupując mascarę za 155 zł oczekiwałam czegoś więcej. Niestety tusze drogeryjne, kupione np. w promocji za 25 zł sprawdzają się dużo lepiej. Nie polecam.
Używałyście tą mascarę? co sądzicie?

sobota, 17 czerwca 2017

Rimmel Fresher skin - czy rzeczywiście skóra po tym podkładzie jest fresh?

Na tegoroczną promocję w Rossmanie szłam z mniejszą lista zakupów niż zazwyczaj. Ale na jej pierwszym miejscu był podkład Rimmel Fresher Skin, który chciałam kupić po dobrej recenzji jednej z youtuberek, którą oglądam już od ponad 3 lat. Ma taką samą, suchą skórę jak ja, więc dla mnie powinien być to strzał w dziesiątkę. Miałam również nadzieję na odnalezienie tańszego zamiennika mojego ulubionego face and body z firmy MAC. Jeżeli jesteście ciekawe mojej opinii - zapraszam do dalszego czytania.
 
Tyle mam myśli na temat tego produktu, że nie wiem od czego zacząć.
 
Pierwsze rażąca dla mnie rzecz - opakowanie. Niby słoiczek wykonany z dobrej jakości szkła, na pewno nie pęknie przy pierwszym lepszym puknięciu, ale słoiczek....... i co dzień wkładanie palca/szpatułki..... no nie wiem. Pompka byłaby dużo lepsza, bardziej higieniczna i wygodna w użyciu. Ale nie można się zniechęcać tylko przez jedno, małe nieudogodnienie. Po przyjściu do domu z radością przystąpiłam do testów. I było coraz gorzej......W przeciągu tygodnia nakładałam podkład w 9 różnych kombinacjach:
- na 3 różne kremy, o różnej konsystencji, z różnej półki cenowej
- 3 sposobami: palcami, pędzlem do podkładu (Hakuro) i Glam Spong'em 2.

 
Obojętnie na jaki krem bym nie nakładała aplikacja palcem nie zdała egzaminu. Powstają smugi, podkład jakby się oddziela od skóry, nie można równomiernie go zaaplikować. Pędzel - to samo. Najpierw rozcierałam, potem próbowałam wklepać, żeby wyrównać nałożoną warstwę. Niestety.... podkład brzydko osadza się w załamaniach skóry i przy nosie.  Nie chce nawet myśleć,co by było, gdybym miała suche skórki na twarzy!
Najlepiej wypadł glam sponge, ale w tym przypadku musiałam nakładać podkład dwukrotnie. Miałam wrażenie, że całą pierwszą warstwę wchłoną aplikator. Niestety i w tym przypadku przy nosie i załamaniach skóry podkład brzydko się osadził. Po przypudrowaniu (obojętnie jakbym nie nakładała) i dotknięciu palcem twarzy pojawiała się dziura/smuga, w zależności od siły nacisku.
 
 
 
Próbowałam nałożyć jeszcze na bazę pod podkład (mam z Paese), ale się rolował :( Klapa totalna :(
 
Efekt jaki daje jest delikatny i tu trzeba przyznać, że opis producenta zgadza się z rzeczywistością. Na pewno nie sprawdzi się u osób szukających mocnego krycia. Konsystencja jest mokra, lekko żelowo-kremowa. Zapach przypominający Rimmel Wake me up. Nie nachalny, delikatny, przyjemny dla nosa.
 
Ogólny werdykt? Nie, nie i jeszcze raz nie!
Liczyłam się z tym, że podkład ma małe krycie i właśnie takiego produktu szukam. Ale nie mogę za każdym razem zastanawiać się, czy mój podkład polubi się z kremem, którego obecnie użyję, czy nie pozostawi smug i jak wygląda na twarzy. Po Rimmel Wake me up,który sprawdził się bardzo dobrze jest to moje wielkie rozczarowanie. Dobrze, że kupiłam go w promocji.
 
Dajcie znać, czy miałyście ten podkład i jak się u Was sprawdził.
 
Pozdrawiam

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Mój pierwszy raz z firmą Tołpa. Recenzja płynu micelarnego

Pomimo, iż mam już swojego ulubieńca w kategorii płyny micelarne (o którym możecie przeczytać tutaj) skusiłam się na wypróbowanie kosmetyku od firmy Tołpa, gdyż nigdy nie używałam kosmetyków tej firmy. Czy mnie zachwycił? Jak się sprawdził? Jeżeli jesteście ciekawe - zapraszam do lektury.

Według producenta produkt ma za zadanie usuwać makijaż i zanieczyszczenia. Jest delikatny i ma fizjologiczne pH, dzięki czemu można go używać również do demakijażu oczu. Łagodzi podrażnienia i zaczerwienienia. Pozostawia uczucie komfortu. Opis krótki aczkolwiek zwięzły i na temat. Czy rzeczywiście spełnia oczekiwania? 
Demakijaż rozpoczynałam on aplikacji produktu na płatek kosmetyczny i przyłożenie go do oka. Mimo, iż nie noszę ciężkiego makijażu oczu (tylko tusz do rzęs, czasami delikatny cień + kreska czarną kredką) płyn miał problem z rozpuszczeniem tuszu. Na jedno oko musiałam zużyć kilka płatków, a po dokładnym usunięciu makijażu oczy były dość wymęczone tarciem (tylko przyłożenie płatka nie wystarczało). Dodatkowo po okiem tworzyła się panda z resztek mascary, co oznaczało dodatkowe tarcie tej wrażliwej okolicy. Podczas testowania płynu używałam kilku różnych tuszy, żeby sprawdzić, czy tak jest w każdym przypadku i niestety tak. Płyn nie radził sobie z żadnym tuszem: Maybelline Lash Sensational, Bourjouis Twist me up i Lancome Grandiose. Należy również uważać przy aplikacji na płatek - przy zbyt dużej ilości produkt może dostać się do oka i jest to mało przyjemne. Bardzo dobrze się za to sprawdził to oczyszczania skóry z podkładu po zmyciu olejkiem. Skóra nie była podrażniona, ściągnięta tylko przyjemnie nawilżona i gotowa do aplikacji kremu :) pytanie ile jest w tym zasługi tego płynu, a ile olejku, którym wówczas zmywałam twarz? Nie będę miała okazji się przekonać, gdyż buteleczkę wykończyłam, a więcej go nie kupię. Dodam tylko, iż produkt otrzymał nagrodę miesięcznika InStyle. Jak mam być szczera nie wiem za co......

Używałyście płynu tego lub innego płynu do demakijażu Tołpy? Jakie są Wasze opinie?

wtorek, 9 maja 2017

Bourjois Twist up the volume - odkrycie, czy niepotrzebne udziwnienie?

Hello,

Dziś przychodzę do Was z recenzją tuszu do rzęs, który w ostatnim czasie udało mi się zużyć i kupiłam już następne opakowanie (tylko inną wersję) na promocji w Rossmannie :) Mam na myśli Bourjois Twist up the volume. Jeżeli chcecie poznać moje zdanie na jej temat zapraszam do lektury :)

Twist up the volume nie jest pierwszym tuszem tej marki,który używałam. Wcześniej na sezon letni kupowałam tusz w kolorze niebieskim, w mniejszym (niż standardowe) opakowaniu. Bardzo sobie go chwaliłam i kupowałam dopóki nie został wycofany. Zachęcona pozytywnymi odczuciami na jednej z promocji sięgnęłam po naszego tytułowego bohatera. Skusiła mnie niestandardowa szczoteczka, a ja lubię nowości i udziwnienia :) Dodam, że jest ona silikonowa, a u mnie tego typu szczoteczki sprawdzają się lepiej niż standardowe. Mechanizm pozwala malować w dwóch pozycjach dla osiągnięcia 2 efektów: wydłużenia i pogrubienia.

Pozycja nr 1: – wydłużenie



 
Pozycja nr 2 – pogrubienie


Jestem posiadaczką krótkich rzęs, więc każdy tusz, który na prawdę wydłuża jest dla mnie zbawieniem. Rzeczywiście mascara równomiernie rozprowadza produkt, a rzęsy stają się widoczne. Nie jest to efekt wow i sztucznych rzęs, lecz delikatne wydłużenie i przyciemnienie. Nie są sklejone, nie mają efektu pajęczych nóżek - dodatkowy plus, gdyż dla mnie tego typu efekt jest nienaturalny i nieładny. Tusz nakładałam w różnych wariantach: pozycja nr 1 i 2, lub dwukrotnie w tej samej wersji. Wielkiego efektu pogrubienia niestety nie zauważyłam (był, ale nie taki jakiego się spodziewałam :)). Za to wydłużenie jakie daje jest w mojej ocenie, przy moich rzęsach i budowie oka wystarczające.
Najlepsze efekty uzyskiwałam przy użyciu najpierw pozycji nr 1 potem 2 jak zaleca producent.

 
Wielką zaleta jest to, iż tusz się nie kruszy, nie tworzy efektu pandy i nie rozmazuje się nawet podczas deszczu (niestety u mnie większość tuszy tak robi). Konsystencja również wg mnie jest dobra - nie za sucha, nie za mokra. Tuszu używałam dzień w dzień (prócz weekendów) przez ok 4,5 m-ca i nic się w jakości nie zmieniło. Cały czas bardzo dobrze się rozprowadzała, nie osypywała.

Mascara bardzo ładnie się zachowuje przy demakijażu. Zmywałam ją płynami micelarnymi, których używałam w tym czasie (Bandi, Tolpa i Garnier). Nie jest konieczne wielokrotne tarcie oczu, zmywa się trochę "na pandę", ale jednym pociągnięciem możemy ten efekt usunąć spod oczu.

Podsumowując: bardzo przyjemny produkt z dobrej cenie (przy promocjach). Cena regularna to ok 50 zł.

Używałyście tego tuszu? co sądzicie? Zapraszam do dyskusji :)

czwartek, 4 maja 2017

Moje rozczarowania ostatnich miesięcy

hej,

Dziś przychodzę trochę ponarzekać. Nie wszystkie produkty, które opisuje są dobre, niektóre są średnie, ale te które zamierzam Wam przedstawić niestety nie spełniły oczekiwań. Nawet nie zauważyłam ich działania..... Dobrze, że na przestrzeni kilku miesięcy to tylko 3 rzeczy :) Oczywiście, to że nie sprawdziły się u mnie to nie znaczy, że Was zawiodą. Ale jeżeli macie podobną skórę/włosy do moich - nie spodziewajcie się cudów.

Pierwszym produktem jest czereśniowa maska do włosów Kallos. Zdecydowałam się na nią po przeczytaniu wielu pozytywnych opinii. Skład maski zachęca - nie jest długi, oczywiście nie jest również w pełni naturalny. Jedynym, roślinnym składnikiem aktywnym jest olej z pestek czereśni. Mi to nie przeszkadza, o ile substancje chemiczne zawarte w kosmetykach nie są groźne dla nas i naszego zdrowia. Maska ma za zadanie nawilżać i odżywiać nasze włosy, które po zastosowaniu staną się puszyste i miękkie.

Maska znajduje się w 1 litrowym opakowaniu wykonanym z plastiku. Przeszkadza mi jednak brak pompki, tym bardziej, że maska jest spora, więc zanim ją zużyjemy wiele razy zanurzymy w niej ręce :) chyba, że ktoś nakłada szpatułką. Zapach przypomina chemiczną wiśnię :) coś podobnego do kiedyś znanych gum do żucia Hubba bubba. Utrzymuje się na włosach ok 30 min. po spłukaniu maski, więc nie jest to większy problem dla osób, którym by przeszkadzał. Konsystencja jest budyniowata - przyjemnie się rozprowadza na włosach, nie ścieka.

I teraz najważniejsza kwestia - działanie. Niestety poza ładnym zapachem przez krótki czas po zmyciu nie zauważyłam większego wpływu na moje włosy. Oczekiwałam chociażby nawilżenia moich końcówek, które ostatnio mimo moich podatnych na przetłuszczenie włosów stały się suche. Plusem jaki mogę na siłę napisać jest brak dodatkowego przetłuszczenia jak to mam miejsce przy niektórych nawilżających maskach. Szkoda, bo za niewielkie pieniądze zapowiadała się całkiem porządna maska. Albo ja trafiłam na złą wersję. Może keratynowa lub z algami byłaby lepsza...? Może kiedyś jeszcze się skusze na inną wersję. Narazie muszę wykończyć tę co mam (a jest to trudne :)) plus parę innych które czekają na recenzje :)

Kolejnym produktem, który bardzo mnie zawiódł jest tusz do rzęs Yves Rocher o którym pisałam tu (link). W skrócie tylko dodam, że się kruszy, pozostawia efekt pandy. Za 57 zł (w cenie regularnej) można kupić lepszy produkt. Nie polecam i na pewno do niego nie wrócę

Ostatnim kosmetykiem jest CC Cream z firmy Max Factor. Jest to pierwszy produkt tej firmy na który się skusiłam przy okazji zeszłorocznych zakupów w Rossmanie na promocji -49%. Od razu napiszę, że bardzo się cieszę, iż nie kupiłam go w cenie regularnej, gdyż byłabym okropnie zła. Jestem jak wiecie posiadaczką skóry suchej, bez skłonności do niedoskonałości. Nie potrzebuje zatem wielkiego krycia - kremy CC się u mnie dobrze sprawdzają. Krem na miła konsystencję, sprawia wrażenie lekkiego. Dobrze się rozprowadza nie kawali i nie ściera. Nakładałam go palcami na krem nawilżający. Dlaczego mi się więc nie podoba?
Pierwszą rzeczą jakiej nie da się przeoczyć to zapach - produkt pachnie brudną, zgniłą ścierka do podłogi. Może to tylko mój egzemplarz, jednak skutecznie odstrasza i nie ma się ochoty na dalsze jego używanie. Postanowiłam dać mu jednak szansę i próbowałam go używać w weekendy, wiedząc, że nie będę spotkać się z ludźmi, bo niestety zapach się utrzymywał przez jakiś czas po nałożeniu. Ale tu kolejna przeszkoda..... Krem bardzo oksyduje na kolor różowy. Moja twarz zrobiła się o co najmniej 2-3 tony ciemniejsza i wyglądała jakbym dopiero co wróciła z długiego plażowania i spaliła sobie twarz. Tego było już za wiele. Zaraz po zrobieniu zdjęcia na potrzeby tego posta krem wylądował w koszu na śmieci.

Tak wyglądają moje rozczarowania ostatnich miesięcy. Jeżeli macie jakieś produkty, które się nie sprawdziły piszcie - może dzięki temu uda się uniknąć kilku zawodów. :)

środa, 22 marca 2017

Yves Rocher - Sexy pulp - recenzja

Po wielkim sukcesie tuszu Lash Sensational Maybelline (link) przyszła pora na testowanie kolejnego, drogeryjnego i łatwo dostępnego tuszu, a mianowicie Yves Rocher Sexy Pulp. Tusz otrzymałam jako gratis przy rejestracji karty stałego klienta. Zachęcona pozytywną opinią innych produktów tej firmy m.in żelu do mycia twarzy nie mogłam się doczekać aż go wypróbuję. Jeżeli chcecie poznać moją opinię - zapraszam do dalszego czytania :)
 
Tusz zapakowany jest w czarną buteleczkę (o pojemności 9 ml) z różowymi napisami. Opakowanie z nóg nie zwala i nie zachwyca - dla mnie jest obojętne. Według opinii producenta produkt ma ekstremalnie pogrubiać rzęsy, a jego trwałość to aż 12 godzin. Głównym składnikiem aktywnym jest wosk carnauba, dzięki któremu nasze rzęsy będą uwodzicielsko pogrubione. Dodatkowymi składnikami są:  guma z akacji, woda z bławatka, wosk ryżowy. Brzmi fajnie, prawda? to teraz troszkę o moich odczuciach.....
 
 
Tusz nakłada się bardzo przyjemnie. Szczoteczka ładnie rozczesuje rzęsy, nie skleja ich i nie powoduje efektu pajęczych nóżek. 
 
 
 
Bardzo lubię taki rodzaj szczoteczki, chociaż wiem, że ma on swoich przeciwników i zwolenników. Nie jest to głęboka, soczysta czerń, ale rzęsy są ładnie podkreślone. Szałowego pogrubienia również nie zauważyłam. Niestety minusy zaczęły być widoczne po 3h od nałożenia. Tusz odbił się na górnej powiece (ze względu na moją opadającą powiekę byłam w stanie mu to wybaczyć), ale jak zaczął się kruszyć i tworzyć efekt pandy pod oczami, niestety zyskał wielkiego minusa. Oczywiście nie zraziłam się po jednym razem i uparcie próbowałam przez kolejne dni w różnych kombinacjach z kremami, podkładami i korektorami pod oczami. Niestety efekt był ten sam......A przy wilgoci w powietrzu - nawet nie chce komentować :(
Tusz w cenie regularnej kosztuje 57 zł. Jest to bardzo dużo biorąc pod uwagę fakt, że mało robi, a może niestety zniszczyć nasz makijaż. Nawet bez tych wad uważam, że cena jest mocno zawyżona - za taką kwotę możemy kupić o wiele lepszy tusz Bourjouis lub wspomnianego parę postów wcześniej Maybelline (w tym przypadku pewnie i 2 opakowania :))
 
Reasumując: wielki zawód. Nie kupię go ponownie i nie mogę polecić go również Wam. Chociaż na niektórych blogach ma pozytywne opinie, to i tak jego cena nie jest adekwatna do jakości i uzyskanego efektu.
Dajcie znać, czy miałyście inne tusze tej firmy i jak się sprawdziły.
 
Pozdrawiam Was serdecznie i życzę miłego dnia :)

poniedziałek, 27 lutego 2017

Kryolan - Bag Sale 2017 - moje wrażenia + zakupy

Pod koniec stycznia na funpage'u firmy Kryolan Polska ukazała się informacja, która ucieszyła wszystkie wizażo i kosmetyko-maniaczki. Mianowicie pierwszy raz w Polsce miało się odbyć wietrzenie magazynów znane za granicą jaką Bag Sale. Za podaną, stałą kwotę możesz kupić tyle produktów, ile zmieści się do otrzymanej wcześniej torebki. Jeżeli interesują Was założenia wyprzedaży oraz co udało mi się złowić - zapraszam do dalszego czytania.

Kryolan Bag Sale jest znane na całym świecie od jakiegoś czasu. Oglądając filmiki na you tubie z tego wydarzenia vlogerki, które za kwotę wejściową $30 kupiły produkty za ponad $800 nie mogłam się doczekać 03.02.2017r - wówczas miała odbyć się taka wyprzedaż w Polsce. Może na początek trochę zasad, a potem napiszę moje odczucia i zaprezentuje kupione produkty.

Założenie jest proste: płacimy 300 zł, otrzymujemy od firmy torebkę i mamy 10 min, żeby napakować do niej tyle rzeczy ile się nam zmieści. Cudowne, prawda? Ale nie jest tak pięknie jak wygląda, a mianowicie mamy troszkę ograniczeń. Pierwszym jest torebka o wymiarach: wysokość: 20cm, szerokość: 12cm, długość: 15cm. Na początku wydawało mi się, że będę mogła zmieścić więcej niż potrzebuje. niestety nic bardziej mylnego. Po włożeniu 2 palet cieni i błyszczyków okazało się, że pół torebki mam zajęte :( W ferworze walki o najlepsze produkty, pod presją czasu musimy zadbać dodatkowo o jak najlepsze ułożenie produktów, tak, aby zmieściło się ich jak najwięcej :)


Na wyprzedaży nie mamy całego asortymentu firmy. Do wyboru mamy wyselekcjonowane przez firmę produkty do makijażu i charakteryzacji. Nie dotyczy to nowości i bestsellerów. Oczywiście wcześniej nie mamy podanej listy dostępnych produktów, a zakupiony przez nas towar nie podlega reklamacji, czy wymianie.

Wyprzedaż rozpoczynała się o godzinie 10:00 i trwała do 12:00. Na miejsce przybyłam pół godziny wcześniej, żeby zająć kolejkę. Niestety wcześniej nikt nie wiedział jak będzie wyglądać cała wyprzedaż pod kątem praktycznym – ile osób będzie wpuszczone, na jakiej zasadzie będzie liczone 10 min. Spodziewałam się większych tłumów, ale na całe szczęście byłam 7 w kolejce. O godzinie 10:00 ekspedient zaprosił pierwsze 8 osób do sklepu (załapałam się na pierwszą turę :)) i po krótce wytłumaczył zasady:
- stojąc przy wejściu możemy obejrzeć co znajduje się na stołach przeznaczonych na produkty wyprzedażowe (niestety i tak nic nie było widać :( )
- po dokonaniu wypłaty otrzymujemy torbę wyprzedażową i nie ma możliwości zwrotu pieniędzy
- na wyprzedaży znajdują się produkty ze starych kolekcji, które się nie sprzedały, mogą mieć zniszczone pudełka lub mają krótki termin ważności
- mamy 10 min na dokonanie wyboru produktów. Kosmetyki nie powinny wystawać poza torebkę (poza paletami, które w oczywisty sposób będą wystawać, gdyż były większe niż torebka),
- wszyscy po dokonaniu wpłaty i odbiorze torebek rozpoczynają w tym samym czasie i rozpoczyna się odliczanie 10 min.

Nie zostaje nic innego tylko kupować :) Oczywiście jak możemy się domyśleć kolory cieni, czy błyszczyków nie są te najbardziej chodliwe, ale można wygrzebać kilka perełek. Ja w pierwszej kolejności poszłam do palet, gdyż było ich bardzo mało. Udało mi się złowić 2 bardzo ładne palety 5 cieni, jedną 12 cieni, 2 palety 10 błyszczyków i jedną paletkę mini błyszczyków. Dobrze jest wiedzieć jakie kolory wchodzą w skład poszczególnych palet wcześniej, czy znać kolory podkładów, gdyż ja na początku straciłam trochę czasu na otwieranie opakowań. A wbrew pozorom 10 min mija bardzo szybko, gdyż musimy skupić się na wyborze produktów zanim nam ktoś go sprzątnie sprzed nosa oraz sensownym rozmieszczeniu opakowań w pudełku.
A oto co udało mi się złowić :)

1. Paleta 12 szminek do ust - 2 opakowania. Nie zaglądałam do środa - brałam w ciemno, ale nie jestem zawiedziona. Trafiłam na 2 różne palety :) Błyszczyki znajdują się w metalowej palecie, dodatkowo każdy wkład można wyjąć i uzupełnić do innym. Zawierają wit. E i wg. producenta charakteryzują się długą trwałością. Przetestuję i na pewno wrócę z recenzją :) 
Cena w sklepie internetowym - 190 zł za sztukę.







2. Mini paleta 18 szminek do ust. Do jej kupna  zbierałam się od dłuższego czasu. A tu taka niespodzianka. Od razu jak ją zobaczyłam wylądowała w mojej torbie. Idealna paletka dla osób, które nie przywiązują się do koloru pomadki na istach i często ją zmieniają. Formuła zawiera wit E i wg. producenta charakteryzuje się dobrą trwałością.
Cena 135 zł.



3. Paleta 10 cieni do powiek. O jakości cieni Kryolan ie muszę pisać - każdy kto się z nimi spotkał wie, że sjest ona bardzo wysoka. Paleta zawiera 10 cieni w metalowej paletce. Wkłady są wymienne, aczkolwiek wg. mnie chyba są nie do zużycia :) Wybrałam 2 palety, które okazały się jednakowe, więc jedną sprezentowałam mojej przyjaciółce.
Cena: 195 zł za sztukę



4. Paletka 5 cieni do powiek - cieni nigdy za wiele :) Wzięłam 2 paletki - tym razem udało się trafić na różne :)
Cena: 105 zł za sztukę.



5. Cienie satynowe do powiek i ciała - bardzo fajne, nieosypujące się cienie. Po pierwszych próbach nałożenia palcem mogę stwierdzić, że bardzo dobrze się utrzymują nawet bez bazy, nie rolują się. Tworzą bardzo delikatny, połyskujący efekt. Udało mi się złowić 8 kolorów.
Cena 30 zł za sztukę.




6. Dermacolor - to bardzo napigemntowany kamuflaż, który pokrywa zmiany skórne, plamy, przebarwienia, tatuaże. Przy wkładaniu go do mojej torebki nie wiedziałam co to jest, bardziej myślałam o tym produkcie jako o bazie pod cienie i tak go będę stosować :)
Cena: 52 zł za sztukę.

 

7. HD Micro foundation (30ml) - to podkład przeznaczony do wykonywania naturalnego makijażu. Bardzo chciałam spróbować tego podkładu i mimo iż, nie jest w 100% dopasowany do mnie kolorystycznie skusiłam się. Niestety jest to jedyny produkt z moich zakupów, po którym widać, że nie jest już pierwszej świeżości, wiec muszę szybciutko go zużyć.
Cena: 145 zł za sztukę.


8. Ultra foundation (15g) - jest to mój pierwszy podkład w kompakcie. Kolor idealnie pasuje do mojej cery i dlatego znalazł się w mojej torebce. Po przeczytaniu opisu na stronie producenta okazało się, że jest to podkład matujący (aczkolwiek zawiera w sobie delikatne rozświetlające drobinki), przeznaczony do wykonywania korekt i do zdjęć fotograficznych. Przy mojej suchej skórze wydaje mi się, że nie będzie to produkt idealny, ale spróbuję.
Cena: 90 zł za sztukę


9. Shining compact (10g) - delikatny bronzer/bronzer rozświetlający. Na pewno przyda się na cieplejsze wiosenne i letnie dni :) 
Cena: 110 zł za sztukę.



To wszystko co zmieściło się do mojej torebki. Chyba nie jest źle ;) 
Za wstęp zapłaciłam 300 zł, a kupione produkty w cenie katalogowej kosztują 1752 zł


Ostateczne uważam, że wprowadzenie Bag sale do Polski to bardzo dobry pomysł. Pomijam fakt zakupu dobrych produktów w przystępnej cenie (po przeliczeniu na jeden produkt), ale jest to przede wszystkim bardzo fajna zabawa. Myślę, że wszystkie fanki kosmetycznych wyprzedaży wiedzą o czym mówię :) Jeżeli nie musicie mieć w swojej kosmetyczce samych nowości, lubicie trochę niepewności to serdecznie polecam. Ja na pewno wybiorę się na następne "wietrzenie magazynów" :)


























wtorek, 11 października 2016

Maybelline – Lash Sensational - moja perełka wśród tuszy drogeryjnych

Po rozczarowaniu jakim był tusz Benefit – They’re real postanowiłam poszukać dobrego produktu na półkach drogeryjnych. Pomocne przy tym były promocje Rossmannowe -49%. W szufladzie mojej toaletki wylądowało parę nowych egzemplarzy…. :)

Dziś, po ponad 2 miesięcznym testowaniu chciałabym Wam przedstawić perełkę, którą udało mi się wyłowić zupełnie przez przypadek :)

Maybelline – Lash Sensational jest to jeden z najlepszych tuszy jakie dotychczas miałam. Opakowanie jest standardowe – niczym szczególnym się nie wyróżnia, ale nie jest pospolite. Ładnie wygląda na toaletce i bardzo wygodnie leży w ręku. Zaskoczeniem była dla mnie szczoteczka – ma różnej długości silikonowe włoski, dzięki czemu jesteśmy w stanie dotrzeć nawet do najmniejszych rzęs. Niestety do jej kształtu trzeba się przyzwyczaić. Nie raz skończyłam ze szczoteczką w oku :( ale jak nauczyłam się jak jej używać została moim ulubieńcem. Swoją trwałością dorównuje tuszom najlepszych marek wysokopółkowych.



Zalety:
- ładny, czarny kolor
- nie tworzy efektu pandy, nawet w wilgotnych warunkach
- nie kruszy się
- ładnie rozdziela rzęsy, nie tworzy efektu pajęczych nóżek
- po ponad 2 miesiącach używania jest nadal jak po otwarciu – nie zasycha, nie tworzy grudek
- pogrubia
- wydłuża rzęsy
- dobrze dozuje produkt - nie musimy wycierać szczoteczki nawet przy pierwszym użyciu
- wydajna
- cena - w promocji zapłaciłam mniej niż 20 zł


Wady:
- nietypowa szczoteczka, ale po kilka razach  przyzwyczajamy się do niej, więc ten punkt znika ;)


Co prawda mam jeszcze kilka mascar w zanadrzu, ale ta na pewno będzie moim ulubieńcem i przy najbliższej promocji ją zakupię.

Napiszcie, czy już go używałyście i jakie są Wasze opinie o tym tuszu? Może macie inne, godne polecenia mascary Maybelline?


wtorek, 7 czerwca 2016

They're real Benefit - recenzja

Kiedy skończył się mój ulubiony tusz do rzęs, a niestety nie zdążyłam zaopatrzyć się w nowy, postanowiłam przetestować They’re real firmy Benefit, który jakiś czas temu otrzymałam w jednym z urodowych boxów. W pudełku otrzymałam miniaturkę, pełnowymiarowe opakowanie o pojemności 8,5 g jest to koszt 135 zł.
Zgodnie z obietnicami producenta gumowa szczoteczka ma zapewnić długotrwały efekt sztucznych rzęs z pokryciem nawet najkrótszych rzęs. Nie rozmazuje się i nie wysycha.
W mojej opinii szczoteczka jest wygodna w użyciu, o ile się do niej przyzwyczaimy. Parę początkowych prób skończyło się nieprzyjemnym dłubnięciem w oko. Przez pierwszy miesiąc użytkowania efekty były porównywalne z zapewnieniami producenta: rzęsy wydawały się dłuższe i grubsze, nie odbił się na powiekach i się nie osypał. Nie zauważyłam również efektu pajęczych nóżek. Aczkolwiek efekt sztucznych rzęs (przy moich średniej długości rzęsach) nie był zauważalny. Niestety po ponad miesiącu od otwarcia tusz zaczął wysychać, osadzać się w malutkich grudkach na szczoteczce. Nie widać już również takiego efektu jak początkowo.
Mimo, iż tusz ten nie jest produktem wodoodpornym poddałam go testowi na trwałość w wilgotnych warunkach. Po przyjściu do domu z pracy postanowiłam wziąć gorącą kąpiel, żeby sprawdzić jak się tusz zachowa. Niestety tutaj zawiódł – po kąpieli wyszłam z efektem „pandy” pod oczami. Raczej nie poleciłabym go Paniom, które lubią chodzić na siłownię/saunę z umalowanymi rzęsami.
 
Przy swojej trwałości mascara jest zadziwiająco łatwa do zmycia. Do demakijażu oczu używam jednofazowego płynu miceralnego Lireac oraz mleczka do demakijażu Charmine Rose (recenzja już niedługo:)). Przy mleczku proces zmywania trwa troszkę dłużej, ale również sprawnie.

Przy marce Benefit nie można nie wspomnieć również o opakowaniu. Pełny produkt przyciąga swoim metaliczno-szarnym kolorem oraz eleganckim opakowaniem. Tusz prezentuje się na ekskluzywnie, tylko pytanie brzmi…… czy za taką cenę nie oczekujemy czegoś więcej niż tylko ładnego opakowania? Czy może opakowanie nie jest tylko wabikiem na kobiety, które (niestety) są w pewnym sensie srokami? :)

Czy kupię go ponownie? Raczej nie, biorąc pod uwagę cenę pełnowymiarowego opakowania.

Może trafiłam na „felerne” opakowanie, może ten tusz tak ma…., ale nie spełnił on moich oczekiwań…. Dajcie znać, czy go używałyście i jakie są Wasze opinie.